BLOG

Do startu, gotowi… czyli ze spływu kajakowego korespondencja własna

/ 0 komentarzy / w Relacje ze spływów
Do startu, gotowi… czyli ze spływu kajakowego korespondencja własna

Witam Państwa serdecznie w to piękne, słoneczne popołudnie. Jest sobota, ostatni weekend wakacji. Znajdujemy się w okolicach miejscowości Jacłów, na lekko zalesionym brzegu Białej Nidy, gdzie w tej chwili nabierają sił nasi zawodnicy. Większość klasycznie leżąc na plecach, kilku niecierpliwie drobi w miejscu, jeden zaś, we wzorcowej padma majur-asana, wsparty bananem. Pokonali już dziś, w ramach rozgrzewki, niezbyt wymagający odcinek rzeki. Przed nimi etap właściwy wyścigu, z metą na biwaku.

Bo, proszę Państwa, nie wierzcie pozorom. Oni będą mówić, że przyjechali tutaj bo lubią kajaki, chcą odpocząć, odetchnąć od miejskiego gwaru, skumplować się z matką naturą; będą robić wyluzowane miny i bredzić coś o czilaucie, o beztroskim kołysaniu się na falach, ale to złudzenie.

Tylko na pierwszy rzut oka na zboczu panuje sielankowy spokój i beztroska – wysoka stawka wyścigu sprawiła, że dwóm wysportowanym kajakarzom, weteranom tego rodzaju wypraw, tajemniczo zniknęło wiosło, dwie kamizelki i puszka z mielonką. To jest, proszę państwa, walka i rywalizacja. To krew, pot, łzy i straty materialne. Jaka nagroda czeka na mecie? O tym za chwilę.

Zawodnicy powoli szykują się do startu. Pogryzają kabanosy, energetyczne batony i popijają soczki, łypiąc po sobie badawczo. Niektórzy zawiązali na głowach pirackie opaski, które mają im dodać bojowego ducha. Gdy Komar wygłasza tradycyjną pogadankę przed wodowaniem (kiedy spieprzamy w krzaki? gdy pioruny walą), przesuwają się dyskretnymi kroczkami w kierunku swoich kajaków, pod pozorem rozciągania ramion, rozgrzewają mięśnie.

Będzie się działo, proszę Państwa, albowiem przed nimi trudny, kręty odcinek rzeki a po niebie dostojnie sunie granatowa chmura burzowa.

Wreszcie Komar, jako przewodnik grupy, na wodzie. Zawodnicy wskakują – mniej lub bardziej wdzięcznie – do swoich kajaków i ruszają.

Z rywalizacji na samym wstępie odpadła Pani w japonkach; firmowy lecz niesforny klapek zmusił ją do akrobatycznego susa w przybrzeżne szuwary. Jej żądna sukcesu partnerka zmełła w ustach słowa powszechnie uznane za obelżywe i złamała wiosło.

Z przodu wyraźna przewaga samców. Wiosłują rytmicznie i żwawo. Natura jest tu bezlitosna – dała im po prostu więcej siły. Nawet ci z rozbudowanym beer-cepsem na prostych odcinkach z pewnością sporo nadrobią. Panie natomiast na ogół są sprytniejsze i zyskują cenny czas na zakrętach i przeszkodach, a tych na tym odcinku rzeki nie zabraknie. Tak, proszę Państwa, przodująca dotąd osada utknęła pomiędzy dwoma pieńkami! Kajakarze mijają ich z wyrazami udawanego współczucia; już się nie liczą w tej walce.

Rzeka bezlitośnie dokonuje selekcji. W trzcinach taplają się Pan z Panią, ona szuka na dnie kajaka złamanego tipsa, on poczuł zew natury i usiłuje dostać się w krzaczki; z burt zwisają wstęgi różowego papieru toaletowego, rozwijanego najwyraźniej w dużym pośpiechu. Czyżby przeterminowany kabanos? Nieco dalej w objęciach malowniczej wierzby pociąga nosem wątły intelektualista, jego partnerka przygląda się w zadumie mijającym ich lepiej umięśnionym dżentelmenom. Zapewne dokonuje przewartościowania upodobań.

Zaczyna powiewać mocniejszy wiatr, spadły pierwsze krople deszczu. Lepiej zaopatrzeni zawodnicy wyciągają kolorowe peleryny, trochę zagubiona blondynka rozkłada kwiecisty parasol, którego metalowy czubek pchnięty gwałtownym podmuchem powietrza wbija się w klatę siedzącego za nią i entuzjastycznie wiosłującego macho; facet, ku radości ścigających tę parę, z pluskiem wpada do wody.

Z wyścigu odpada blondasek w duecie z lekko podenerwowanym ojcem; nieletni, wystraszony szumiącymi dokoła krzakami i zaczynającym mocno padać deszczem, z rykiem wpycha się pod dziób kajaka, usiłując przysłonić się kurteczką. Niestety, jak się później okaże, wcisnął się tam zbyt mocno, w związku z czym wyciągnięto delikwenta po trzech dniach głodówki, obficie namaszczając olejem kujawskim.

W środkowych strefach peletonu poruszenie. Dwóch Panów, nie posiadając stosownych zabezpieczeń przeciwdeszczowych, rozebrało się do rosołu, oszczędzając ubrania, jak to zwykli robić ludzie z buszu.
Z rywalizacji ostatecznie odpadło kilka kobiecych osad, które wskutek wrażeń wzrokowych i bolesnych skrętów okolic karku i szyi powbijały się w trzciny.

Do przodu, korzystając z okazji, natychmiast wyrwały dwie panie – jedna fanatyczna mężatka, a drugiej wiszące nisko nad wodą drzewo zdarło właśnie okulary oraz skórę z czoła (a Komar mówił – do przodu na kajak się kładziemy, nie do tyłu…), w związku z czym przestała widzieć cokolwiek – nie uległy zatem powszechnej dekoncentracji.

Mamy więc proszę Państwa czołówkę, wiosłującą raźnie ku biwakowi. Rzeka nieco się uspokoiła, wiatr ustał, jest zatem szansa, że w tym składzie będą finiszować. Pokazało się nawet słońce! Ale wiosłujący nie ściągają peleryn, grozi to stratą cennego czasu, a są już tak blisko!

Tak, na brzeg wyczołgują się już pierwsi zawodnicy. Padają spoceni, brudni i mokrzy u stóp Łasicy. Niektórzy mają rany kłute lub szarpane, w brwi jednego mężczyzn tkwi wędkarski haczyk z żyłką – ten wydostaje się z wody z widocznym trudem, ponieważ wlecze za sobą uczepionego wędki lekko otumanionego tubylczego wędkarza. Kobieta bez okularów wypełza z kajaka na czworakach, sapiąc i macając przed sobą drogę solidnym kijem; przy okazji trafia wędkarza w głowę – biedak na szczęście nie zapamięta tej przygody. Jeden z rozebranych, zapodziawszy gdzieś slipki,  w pośpiechu przysłonił się sitowiem.

Łasica surowo popatrzyła na grupkę umęczonych kajakarzy

– Po sklarowaniu kajaków pierwsze sześć osób dostanie po kawałku kiełbaski. Dla reszty tylko suchy chleb i woda z rzeki!

Proszę Państwa, co za niesamowity widok! Nadrzeczna łąka rozbrzmiała rzewnym łkaniem, z tych emocji sama już nie wiem, może to jednak pieśń się niesie turystyczna? A te łzy w oczach, może to nie z głodu, lecz od smakowitego dymu z ogniska? Te twarze, czy wykrzywione cierpieniem, czy raczej uśmiechnięte od ucha do ucha? Większość z tych ludzi chce przyjechać na spływ za rok, niektórzy nawet dwa razy… więc chyba zakajakowani, czy co?

Relację z tego jakże pasjonującego wyścigu przygotowała dla Państwa samozwańcza korespondentka Ola, która wespół z córką swoją zgodnie wiosłowała, w szuwary wpadała, w dymie się wędziła, pyszne kiełbaski jadła i bardzo dobrze się bawiła. I obowiązkowo wróci na Ponidzie w przyszłym roku z ekipą kajakiem.pl. I ma nadzieję napisać wreszcie coś poważnego, na miarę poematu lub epopei, i zostać uznanym Ponidzkim Wieszczem.

 

Ps. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest całkowicie przypadkowe.

Ola – urzędnik – lat 44

I miejsce w konkursie „RELACJA ZE SPŁYWU KAJAKOWEGO 2014″