BLOG

Kajaki na Wiśle czyli spływ na trasie Kraków-Warszawa cz.I

/ 0 komentarzy / w Szlaki kajakowe
Kajaki na Wiśle czyli spływ na trasie Kraków-Warszawa cz.I

Wreszcie nadszedł ten dzień, kiedy to postanowiłem zmierzyć się z Królową Polskich Rzek. Kilkoro znajomych wcześniej już spływało różnymi odcinkami Wisły i ich opowieści oraz kilka ciepłych, wiosennych dni podziałały na moją wyobraźnię.

Postanowiliśmy popłynąć we trójkę, na dwuosobowym składaku i polietylenowej jedynce, zaczynając nasz spływ w Krakowie a kończąc w Warszawie. Przygoda nasza rozpoczęła się na Salwatorze gdzie zdecydowaliśmy zwodować i zapakować kajaki. Zajęło nam to dłuższą chwilę ponieważ gratów do zabrania było sporo (pomimo map i wstępnego „rozpoznania terenu” musieliśmy być przygotowani na różne ewentualności w tym brak sklepów czy skrajne warunki pogodowe). Początek maja to dobry czas na dłuższy spływ kajakowy, trzeba jednak pamiętać, że temperatura w nocy nierzadko spada poniżej zera a i pogoda w ciągu dnia potrafi być kapryśna.

Wisła w Krakowie przypomina raczej zalew niż rzekę, więc kajakarze muszą się uczciwie napracować żeby wydostać się z miasta. Warto jednak się trochę napocić i „pozwiedzać” Kraków z wody – zabytki prezentują się w zupełnie innym świetle a kajakarz z wyższością patrzy na tłumy pieszych turystów ociekające potem pod Wawelem.
Pływając kajakiem po dużych rzekach gdzie przebiegają szlaki żeglugowe warto znać podstawy prawa wodnego i pamiętać o kamizelkach asekuracyjnych. Posiadanie kamizelek jest konieczne, jeśli chcemy skorzystać ze śluzy, jak np. śluza Dąbie, przez którą wypłynęliśmy z Krakowa.

Dalej podziwialiśmy widok odległych przemysłowych dzielnic Krakowa, pozostawiając w końcu w oddali elektrociepłownię Łęg i Hutę im. T. Sędzimira. Przed nami pojawiła się kolejna śluza, Przewóz, niestety nieczynna z powodu niskiego stanu wody. Kajaki przenieśliśmy lewym brzegiem i dalej popłynęliśmy wąską, 20 metrową Wisłą, pomiędzy wałami przeciwpowodziowymi. Po drodze mijaliśmy nieczynne już pogłębiarki i barki w portach widmo. Trafiła się też miła niespodzianka w postaci kamienistego bystrza. Obserwowaliśmy z kajaka malownicze pagórki i skarpy oraz dużą ilość dzikiej zwierzyny buszującej nad brzegami rzeki.

W ciągu pierwszego dnia pokonaliśmy kajakami około 80 kilometrów, co jak na pierwszy dzień nawet dla doświadczonych kajakarzy jest niezłym wynikiem.
Kolejnego dnia minęliśmy ujście Dunajca, rzeka poszerzyła się, brzegi stały się bardziej dzikie, pojawiły się mielizny. Spotkaliśmy też pierwszy prom górnolinowy, który był dla nas znakiem orientacyjnym i urozmaiceniem na rzece. W Nowym Korczynie dobiliśmy kajakami do lewego brzegu żeby uzupełnić zapasy i ugotować obiad. Potem wiosłowaliśmy bez przeszkód do wieczora. Pogoda dopisywała, ale wzmógł się wiatr i przeczuwaliśmy nadchodzącą zmianę, niestety na gorsze. Rozbiliśmy obozowisko przed Połańcem i zmęczeni padliśmy do spania. Nie na długo… W nocy obudziła nas potworna burza. Wstaliśmy umocować nasz dom i sprawdzić czy kajaki nie wyrwały się na wolność. Wichura targała naszym domem całą noc, więc o poranku nie należeliśmy do najbardziej wyspanych ludzi na świecie.

Rano popłynęliśmy w stronę widocznych z daleka kominów elektrowni w Połańcu. Rzeka rozlała się szeroko a brzegi stały się zadrzewione. Wiał niestety silny wiatr, który utrudniał nam wiosłowanie czy utrzymywanie stałego kursu i wymagał dodatkowego nakładu sił. Zbliżyliśmy się do progu spiętrzającego, o którym informują znaki widoczne na brzegach. Dobiliśmy do prawego brzegu i udaliśmy się na rekonesans. Za progiem tworzy się silny odwój od brzegu do brzegu, dodatkowo pionowe murki uniemożliwiają asekurację miejsca, więc zdecydowaliśmy się na przenoskę. Dalsza część dnia upłynęła nam na walce z porywistym wiatrem i falą przelewającą się przez kajaki. Zrobiliśmy przerwę w Tarnobrzegu, gdzie blisko nad rzeką jest sklep. Ugotowaliśmy zupę i ubraliśmy na siebie kolejne warstwy. Niby maj a temperatura jak w marcu… Pod wieczór dotarliśmy do Sandomierza, który oglądnęliśmy tym razem tylko z kajaków i powiosłowaliśmy dalej zadowoleni, że bezlitosny wiatr ustał i nie wyrywa nam już wioseł z dłoni. Przy ujściu Sanu Wisła poszerza się dwukrotnie, przed Zawichostem pojawiają się małe piaszczyste wysepki i na jednej z nich wylądowaliśmy na nocleg.