BLOG

Kajaki na Wiśle czyli spływ na trasie Kraków-Warszawa cz.II

/ 0 komentarzy / w Szlaki kajakowe
Kajaki na Wiśle czyli spływ na trasie Kraków-Warszawa cz.II

Rano dotarliśmy do Zawichostu. Tam uzupełniliśmy zaopatrzenie i przez chwilę obserwowaliśmy prom dolnolinowy i pracujące pogłębiarkę i piaskarkę. Ruszyliśmy dalej walcząc z porywistym wiatrem. Na prawym brzegu pojawiły się kredowe wzgórza zapowiadające Annopol. Od Sandomierza widoki zapierały dech w piersiach. Nasze kajaki płynęły szerokim rzeczyskiem, pomiędzy malutkimi wysepkami w towarzystwie ogromnych ilości ptactwa. Okoliczności przyrody były przepiękne, aura niestety mniej; wiatr i fala przelewająca się przez kajaki to jeszcze nie koniec – ołowiane chmury przyniosły w końcu lodowaty deszcz. Mieliśmy już trochę dość ale nikt nie mówił tego głośno, przepłynęliśmy dopiero 30 km, więc było jeszcze za wcześnie na biwak. Jak zawsze, wieczorem wiatr trochę się uspokoił i nocowaliśmy po dopłynięciu do malowniczej, piaszczystej skarpy za Solcem.

Następnego dnia spływu minęliśmy w oddali ruiny zamku w Janowcu i dopłynęliśmy do Kazimierza Dolnego. Trafiliśmy na długi weekend majowy więc tylko, spragnieni troszkę cywilizacji, zjedliśmy obiad w knajpie, zakupiliśmy czapki zimowe i bez żalu pożegnaliśmy wystrojone tłumy spacerowiczów. Pasażerowie statków wycieczkowych i łodzi wikingów patrzyli na nasze kajaki ze zdziwieniem, niedowierzaniem czy nawet przerażeniem, ale my powiosłowaliśmy z radością dalej. Dzień był słoneczny choć nadal towarzyszył nam lodowaty, silny wiatr – typowy „ruski wyż”. Po chwili… zaczął sypać śnieg! Optymistycznie stwierdziłem, że w zasadzie taki opad jest lepszy niż deszcz bo tak nie moczy i zgrabiałymi dłońmi mocnej chwyciłem wiosło. Skierowaliśmy się w stronę zachodzącego słońca wybierając na biwak zadrzewioną (i zamieszkałą przez dzikie zwierzęta – jak okazało się w nocy) wysepkę przed Dęblinem. W nocy temperatura spadła do -5 stopni, zamarzł nam kajak i bardzo przydały się zakupione czapki. Spaliśmy pookrywani warstwami ciuchów wsłuchując się w odgłosy walk drapieżników. Niesamowite przeżycie!

Rano, korzystając ze słońca i flauty wykąpaliśmy się! Tak, tak, w Wiśle. Woda na tym odcinku była przejrzysta i bezwonna, a przewiosłowane kilometry i poranne promienie słońca dodatkowo zachęciły nas do kąpieli. Odświeżeni skierowaliśmy kajaki w stronę kolejnej dużej elektrowni nad Wisłą – Kozienice. W okolicach wsi Tarnów wpłynęliśmy w malowniczą, wąziutką odnogę Wisły. We wsi tradycyjnie splądrowaliśmy sklep i zwiedziliśmy okolicę.

Ostatniego dnia spływu minęliśmy ujście Pilicy. Za Otwockiem na brzegach pojawili się wędkarze i plażowicze. Od Góry Kalwarii, na brzegach już prawdziwe tłumy. Powoli zaczęła docierać do nas myśl, że to już koniec naszego spływu. Kajakową wyprawę skończyliśmy pod mostem siekierkowskim.

Choć od tego spływu upłynęło już kilka lat często wspominam ze znajomymi te chwile spędzone w kajaku na Wiśle i wciąż noszę się z zamiarem powtórzenia tej trasy, może w troszkę liczniejszym składzie. Pokonanie odcinka z Krakowa do Warszawy zajęło nam 7 dni. Nasz dzienny przebieg wahał się między 50 i 80 kilometrów. Można tą trasę przepłynąć w krótszym czasie jeśli dysponuje się kajakami lepiej przystosowanymi do pływania po dużych akwenach. Jednak ja wychodzę z założenia, że pływam tym, co w danym momencie mogę zdobyć, poza tym nie miała to być olimpiada a, jak mawiał Puchatek, „Przyprawa” (czyli przygoda i wyprawa).

Wszystkim kajakarzom posiadającym nieco doświadczenia polecam tą trasę. Wisła pokazuje nam zupełnie inne oblicze, którego nie sposób poznać nawet mieszkając w mieście nad tą rzeką. Często zaskakuje pięknymi krajobrazami i perspektywą miast oglądanych z kajaka, jak również naprawdę dziką przyrodą. Podkreślam jednak konieczność dobrego przygotowania sprzętowego, przemyślanego zaopatrywania się w produkty spożywcze (w tym wodę pitną! Z Wisły pić się nie odważyłem.) i przede wszystkim odpowiedni dobór ekipy na taki spływ.