BLOG

KAJAKOWY SPŁYW PIĘCIODNIOWY CZYLI PONIDZCY PIRACI

/ 0 komentarzy / w Relacje ze spływów
KAJAKOWY SPŁYW PIĘCIODNIOWY CZYLI PONIDZCY PIRACI

Zazwyczaj na wysokości kwietnia lub maja, decydujemy ze znajomymi co będziemy robić w wakacje. Decyzja nigdy nie jest łatwa, każdy ma własny pomysł, jakieś plany związane z pracą, z rodziną czy realizacją własnej pasji. Co roku inna osoba z naszej „bandy” wybiera propozycje i przedstawia je wszystkim zainteresowanym. Potem głosujemy gdzie jedziemy i co będziemy robić.

W tym roku wypadła moja kolej na wyszukanie wakacyjnych opcji. Miało być niedaleko Krakowa, blisko natury i aktywnie. Znalazłem kilka różnych ofert ale moim faworytem od początku był spływ kajakowy. Strona kajakiem.pl zachęcająco przedstawia wakacje w kajaku. Poczytałem internetowy poradnik kajakowy polecany przez ekipę kajakiem.pl, bo nikt z nas większego doświadczenia w wiosłowaniu nie ma i przedstawiłem pomysł kumplom.
Faceci od razu zagłosowali na TAK, no bo co tu się może nie podobać? 5 dni w kajaku, spanie w lesie, kąpiele w rzece, kiełbacha z ogniska i wieczorne piwko. Z dziewuchami było gorzej. No bo spanie w lesie? A gdzie łazienka? A pająków pełno, robactwo i w ogóle. A woda na pewno zimna i z pewnością się potopimy. Ale jakoś je przekonaliśmy. Każdy coś tam obiecał i pozostało tylko wysłać zgłoszenie na spływ i czekać do lipca.

 

Przyjechaliśmy na biwak, z którego mieliśmy rozpocząć spływ w niedzielę po południu. Dojazd był bezbłędnie opisany na stronie organizatora. Na miejscu lasek sosnowy, cisza, spokój, rzeczka płynie, jakaś taka mała ale płynie. Po chwili nadjechała karawana wioząca nasze kajaki i instruktorów. Kajaczki eleganckie, polietylenowe, nowiutkie. Instruktorzy lekko przybrudzeni ale sami powiedzieli, że to brud z wielu rzek?Skończyli tego samego dnia pływanie z inną grupą i przyjechali do nas. Koleś od razu rozpalił ognisko jakby nic innego w życiu nie robił, dziewucha się ze wszystkimi przywitała, przedstawiła jako zwierzę futerkowe (rosomak) i zaprosiła na informacje i integrację przy ogniu na późniejszą godzinę.

Rozbiliśmy namioty, rozpakowaliśmy graty a Macio z Rosomakiem oraz stadem komarów już na nas czekali przy ognisku. Poznaliśmy się z innymi uczestnikami spływu. Instruktorzy cierpliwie odpowiedzieli na wszystkie pytania dotyczące pływania kajakami, Nidy, biwakowania i naszego spływu. W między czasie kiełbaski się usmażyły, piwko schłodziło w rzece i można było zjeść kolację.

Następnego dnia rano odstawiliśmy samochody do młyna, spakowaliśmy nasz majdan do busa kajakiem.pl, rozładowaliśmy kajaki i wiosła z przyczepy i po krótkim szkoleniu, na którym dowiedzieliśmy się jak pływać kajakiem i czego nie robić, wodowaliśmy łódki na wąziutką Białą Nidę.
Drugiego dnia spływu wstaliśmy z lekkimi zakwasami ale i zapałem do dalszego wiosłowania. Odcinek tego dnia miał również liczyć około 10 km. Tego dnia Biała Nida połączyła się z Czarną i dalej nasze kajaki płynęły już Nidą. Z atrakcji, to kolejna osada z naszej grupy zaliczyła „kabinę” na bystrzu pod mostem kolejowym ale szybko opanowaliśmy sytuację. Wszyscy uczestnicy spływu się już trochę znali, a po dwóch ogniskach byliśmy na tyle zintegrowani, że pomagaliśmy sobie nawzajem. Pomimo szczegółowych uwag instruktorów, „śmiertelna pułapka” czyli bystrze zebrało żniwo w postaci jeszcze dwóch wywrotek. Panowie zajęli się wyławianiem kajaków i pań a panie lamentowaniem i za chwilkę już dopłynęliśmy do miejsca biwakowego. Na miejscu, Maciek objaśnił jak dojść do sklepu w Brzeźnie i do zamku w Sobkowie i po rozbiciu obozowiska można było zacząć zwiedzanie. Do Sobkowa przeprawiliśmy się brodem. Dziewczyny były zadowolone bo w Sobkowie znalazły cywilizowaną łazienkę i restaurację więc odpadło biwakowe gotowanie. Wróciliśmy, w zachodzących promieniach słońca drugim brzegiem rzeki ale nasza kadra przetransportowała nas kajakami z powrotem na biwak gdzie już płonęło ognisko.No i zaczęło się! Wiosłujemy, wiosłujemy a kajak i tak płynie tam gdzie chce. Dziewczyny się zbuntowały, że one tu przyjechały odpocząć a nie do ciężkiej, fizycznej pracy i żebyśmy sami wiosłowali. Cóż było robić, baby się opalały a mężczyźni machali wiosłami. Po pierwszej godzinie zwiedzania przybrzeżnych szuwarów nawet zaczęło nam sterowanie kajakiem wychodzić. Łapy trochę zmęczone od wioseł ale dzielnie płyniemy. Na szczęście już za zakrętem przerwa. Rosomak przestrzegła, że dopiero po przerwie się zaczną prawdziwe zakręty ale my już prawie zawodowi kajakarze więc cóż się może stać!? No na przykład można „walnąć kabinę”. 15 minut od wypłynięcia, ostry zakręt, kolega przechylił się, koleżanka pisnęła i już można było wyławiać ich mokry dobytek oraz kajak pełen wody. Instruktor Macio, w praktyce pokazał jak szybko opróżnić kajak z wody i w zasadzie było po kłopocie ale bez awantury na pokładzie feralnego kajaka się nie obyło. Szczęśliwie, była to jedyna, wywrotka tego dnia i dopłynęliśmy do końca dziennego etapu, pokonując bystrza i fale, zmęczeni ale zadowoleni. Po rozbiciu namiotów na polanie, mężczyźni udali się na zasłużoną drzemkę a kobiety udały się do garów. Po zjedzeniu podwójnych porcji obiadowych część ekipy poszła zwiedzać okolicę, część poszła się kąpać a część kontynuowała drzemkę. Dzień zakończyliśmy ogniskiem i wspominaniem naszych kajakowych wyczynów.

Dzień trzeci był dniem przenosek. Przenoska to, jak się okazało nic dobrego. Najpierw była elektrownia na moście i nie dało się przepłynąć. Jak się nie da przepłynąć to trzeba taszczyć. Przenieśliśmy kajaki, chwilę odsapnęliśmy i powiosłowaliśmy dalej. Kilometr dalej dopłynęliśmy do kolejnej przeszkody, którą był próg wodny. Był za wysoki żeby przepłynąć kajakami więc znowu trzeba było nieść, taszczyć, wlec sprzęt brzegiem. Instruktorzy pocieszyli nas, że przy kolejnej przenosce kończymy dzisiejszy etap. Tym razem przed dziobem kajaka kilkudziesięciometrowe bystrze z ogromnych kamieni. Wygramoliliśmy się na brzeg, dowlekliśmy kajaki po trawie na miejsce obozowiska i… zaczął padać deszcz. W zasadzie było nam już wszystko jedno, deszcz padał, komary cięły ale byliśmy wyluzowani na maksa, nigdzie się nie spieszyliśmy bo nie było dokąd – śpimy w miejscu nazwanym przez instruktorów „stepy akermańskie” gdzie nie ma nic. Zupełnie nic. Staliśmy całą grupą przy kopcącym ognisku i śmiejąc się i pijąc piwko czekaliśmy aż przestanie padać. Czuliśmy się jak prawdziwi traperzy i twardziele, nawet nasze kobiety nie narzekały już tylko się do nas tuliły. Tego wieczora instruktorzy przygotowali dla nas niespodzianki w celu podniesienia morale: najpierw była… sauna! Dziwna budowla z folii malarskiej i patyków szybko wypełniła się gorącą parą z nagrzanych w ognisku kamieni polewanych wodą i wszyscy siedzieliśmy w kucki wygrzewając obolałe mięśnie. A potem biegiem do rzeki – orzeźwienie gwarantowane! Przy ognisku Macio z Rosso zaserwowali nam banany z czekoladą pieczone w żarze – pycha.

Kolejnego dnia wstawaliśmy niemrawo. Poprzedniego dnia przewiosłowaliśmy 20 kilometrów i nanosilismy się kajaków. Poza tym po trzech dniach aktywnego życia na spływie kajakowym, ludzie „wyjęci” zza biurek zaczynają pomału odczuwać zmęczenie materiału. Jednak nasza kadra dobrze o tym wiedziała i zastosowała „marchewkę” w postaci opowieści o cudownościach Pińczowa – gdzie mieliśmy zatrzymać się na nocleg tego dnia. Knajpy, sklepy, pizzerie, PRYSZNICE z ciepłą wodą, internet i możliwość naładowania komórek nas mocno zmotywowały. Dodatkowo do przepłynięcia tylko 10 km, więc cóż to dla nas! Przed samym Pińczowem przenieśliśmy kajaki przez wał przeciwpowodziowy na starorzecze Nidy i z fasonem wpłynęliśmy na zalew przy pińczowskim MOSiRze gdzie kończyliśmy pływanie tego dnia. Namioty stanęły pomiędzy podstarzałymi domkami letniskowymi na terenie ośrodka a my ruszyliśmy „na wyścigi” pod prysznice. Po kąpieli, czyściutcy rozpoczęliśmy podbój miasta. Z apetytem wilków (morskich) pochłonęliśmy wielkie pizze. Spragnieni już trochę cywilizacji, szwendaliśmy się po uliczkach Pińczowa, naładowaliśmy telefony i zrobiliśmy zakupy odzieżowe w „chińskim targu” na „bal kapitański”, który miał odbyć się tego wieczora. Nasi instruktorzy zaprosili wszystkich uczestników spływu do lodziarni na rynku na konkurs w jedzeniu lodów. Wygrał chłopak, który zjadł 31 gałek!!! Zdeklasował tym samym resztę zawodników. Po powrocie do naszego obozowiska rozpaliliśmy ostatnie już ognisko. Wszyscy przebraliśmy się, jak bal to bal! Nasza ekipa była piratami z Ponidzia – bo po tych kilku dniach na wodzie tak się właśnie czuliśmy. Instruktorzy wręczyli pamiątkowe dyplomy dzieciakom obecnym na spływie, nagrodę dla zwycięzcy konkursu „lodożerców” oraz nagrody pocieszenia wszystkim uczestnikom spływu. Były to kolorowe light sticki, które wzbogaciły nasze przebrania oraz nietypowe jajka – niespodzianki, czyli po prostu kurze jajaJ Rosomak pokazała jak upiec (?) / ugotować (?) je na twardo, na żarze ogniskowym i każdy miał przekąskę gotową. Potem były śpiewy przy gitarze, wygłupy, zdjęcia i wspominanie co śmieszniejszych lub bardziej „przerażających” momentów w kajaku. Była to najweselsza ale i najkrótsza noc na spływie.

 

Rano powiosłowaliśmy niespiesznie do Krzyżanowic. Na porannej odprawie postanowiliśmy skrócić trasę ostatniego dnia z 18 do 10 kilometrów więc nie płynęliśmy do Chrobrza.Wniosek przeszedł jednogłośnie, nikomu nie chciało się wiosłować w olimpijskim tempie. Woleliśmy się spławiać tratwami z połączonych kajaków i zatrzymywać się na piaszczystych plażkach na kąpiele – taki końcowy, zsłużony relaks. Nie chciało nam się wracać do domów. Zżylismy się z innymi uczestnikami spływu przez te kilka dni, przywykliśmy do trudów kajakowego życia, odpoczęliśmy od miejskiego zgiełku i pośpiechu.

Po powrocie do domu często wspominaliśmy piękne widoki, które zaskakiwały nas za każdym zakrętem rzeki, malownicze biwaki i ogniskowe opowieści naszych instruktorów. Po wakacjach, spotkaliśmy się w naszym „spływowym” gronie na wspólne oglądanie zdjęć zrobionych z perspektywy kajaka. Wszyscy chcieli już planować kolejny spływ. Za rok wrócimy na pewno! Już odliczamy dni do kolejnego, pięciodniowego spływu po Nidzie. A może wybierzemy trudniejszą opcję na Pilicy z bagażami w kajakach…

 

Robert – prawnik – 39 lat

wyróżnienie w konkursie „RELACJA ZE SPŁYWU KAJAKOWEGO 2013”