BLOG

Relacja ze spływu kajakowego 2011

/ 0 komentarzy / w Relacje ze spływów
Relacja ze spływu kajakowego 2011

Nie pamiętam już skąd wziął się pomysł spływu kajakowego rzeką Nidą. Pewnie przeglądałem oferty mazurskich spływów, które z racji odległości liczonej w setkach kilometrów trzeba było odrzucić. A tu nagle wpada w oko strona wypożyczalni kajaków z Jędrzejowa. Początkowo podszedłem do pomysłu z lekkim dystansem – kajaki godzinę jazdy od Krakowa? Ale pomyślałem, że warto zaryzykować, bo może spędzimy fajny weekend, tak potrzebny po ciężkim tygodniu…

Do naszego małego samochodu spakowaliśmy górę rzeczy – nasz 6-cio letni syn ledwie był widoczny pomiędzy śpiworami i stertami prowiantu. Zdecydowaliśmy się na spływ Białą Nidą – rzeką przyjazną i łatwą, co było dla nas ważne ze względu na dziecko. Na pierwszy biwak w Mniszku przyjechaliśmy w piątek wieczorem. Cała rodzina wzięła się za rozkładanie namiotu, niezła to była zabawa – instrukcja twój wróg! Potem pomagaliśmy zbierać drewno na ognisko, utworzyła się już spora ekipa – i młodsi i starsi, nasz syn szybko znalazł nowych kolegów. Przy ognisku zawieraliśmy nowe znajomości, najbardziej lubiani byli posiadacze środków na komary. Ale tutaj pierwszy raz objawił się profesjonalizm naszych przewodników, pracowników wypożyczalni kajaków. Jeden z nich powiedział, że o 22:00 komary idą spać… I rzeczywiście tak się stało! Znały się na zegarku, czy wolały nie zadzierać, kto to wie… O której my sami poszliśmy spać – nie wiadomo, ale chyba jako jedni z ostatnich, bo strasznie cicho zrobiło się na biwaku.

Obudziło mnie słońce, i śniadaniowe odgłosy. Do dyspozycji były czajniki i butle gazowe, więc każdy mógł sobie przyrządzić co tylko chciał – oczywiście, jeśli wcześniej to spakował. Jakiś Zdzisław wyrzucał swojej Halinie, że zapomniała zabrać kawę, którą on włożył do plastikowego pojemnika z napisem „sól”. Halina zripostowała, że tylko głupi tak kawę trzyma, i że z kim ona się wyżeniła. Szczęśliwie ktoś kawą poczęstował i konflikt bezkrwawo wygasł.

Nie wygasał za to entuzjazm do pływania, towarzystwo aż rwało się na rzekę. Ale najpierw trzeba było spakować namioty, odwieźć samochody na zaprzyjaźniony parking. Kiedy już wszystko było zrobione, instruktorzy przeszkolili nas teoretycznie i przydzielili singlom towarzystwo w kajaku. Bo kilka osób przyjechało na spływ kajakowy bez towarzystwa, ale jak to mówią – drzewa do lasu się nie wozi… W każdym razie każdy dostał partnera do kajaka, bo i odezwać się jest do kogo a i wiosłowanie łatwiejsze.

Dla osób, które płynęły pierwszy raz faktyczne początki były zaskakujące – kajak po ludzku nie rozumie i bez ostrzeżenia potrafi stanąć w poprzek rzeki. Oczywiście złapanie porozumienia z kajakiem przychodzi dość szybko i właściwie samo. Co odważniejsi zdejmowali kapoki śmiejąc się nurtowi w twarz. My z uwagi na walor edukacyjny dla naszego dziecka nie zdjęliśmy kamizelek, chociaż ta 30-50 centymetrowa głębia nie przyprawiłaby nikogo o moczenie nocne. Oczywiście było parę bezdennych miejsc, ale generalnie stan wody w Białej Nidzie był bardzo niski w tym okresie.

Bardzo przyjemnie płynie się po tej rzece. Cisza i spokój, widoki i przyroda taka jak na Mazurach, ale za to tłoków brak! Poza naszym spływem nie było na rzece nikogo, tylko czasem trafiali się wędkarze. Ze świata fauny sporo niebieskich ogromnych ważek i całe mnóstwo ptaków – na gatunkach się nie znam, z pewnością inne niż te w KFC.

Kiedy zaczęło się zbierać na burzę, akurat wypadł nam postój. Wszyscy wysiedli z kajaków i poukrywali się w pobliskim lasku. Dobrze mieć ze sobą peleryny, dzięki nim deszcz nie przeszkodził nam w drugim śniadaniu. Dzieci bawiły się w kałużach. Potem popłynęliśmy dalej, pokonując kolejne zakręty. Za każdym z nich mogło kryć się coś ciekawego, jak na przykład zabytkowy młyn wodny. Trzaskały migawki aparatów.
Rano powtórka z dnia poprzedniego. Śniadanie, pakowanie. Największe niejadki okazały się głodomorami. Przewodnicy popędzali nas do szybszego zwijania obozu, bo dziś też parę kilometrów do przepłynięcia kajakiem. Po drodze trafiło się jedno trudniejsze miejsce, ale nasi przewodnicy tak je zabezpieczyli (własnymi ciałami i kajakami!), że wszyscy gładko przepłynęli. Potem jeszcze była przerwa na zwiedzanie zamku w Sobkowie, gdzie najbardziej spodobała nam się zawartość „stajni rycerskiej”. Był też biały ptak z długą szyją, ale zdania były podzielone, czy to łabędź czy gęś, czy może kaczka dziwaczka.Za jednym z zakrętów wyłonił się nagle busik organizatora naszego spływu. W nim jechały wszystkie nasze bagaże. Busik stał tuż obok rzeki na skarpie, niczym drogowskaz mówiący: „Kajakarze (i kajakarki), nie idźcie tą drogą!” – parafrazując prezydenta. Okazało się, że to tutaj mamy dzisiaj biwak. Skierowaliśmy dzioby do brzegu i szybko wyrosło namiotowe miasteczko. Pole było ogromne i każdy mógł sobie zająć dowolnie wielką przestrzeń. Było też miejsce na grę w piłkę i oczywiście ognisko – centrum życia biwakowego. W ten weekend za ciepło nie było, toteż tylko odważniejsi poszli do rzeki się kąpać. Do najbliższej cywilizacji było kilka kilometrów, więc nasi przewodnicy zebrali zamówienia i zrobili nam zakupy. Ten drugi wieczór na spływie minął miło i towarzysko. Gitary były dwie i szlagiery śpiewali wszyscy.

Meta naszego spływu była w miejscowości Mokrsko. Czekał tam na nas duży bus, do którego wsiedli kierowcy i pojechaliśmy na parking po samochody. Stęsknione rodziny i bagaże zostały nad rzeką, ale kierowca busa elegancko poczekał na nas przed parkingiem i poprowadził kolumnę samochodów z powrotem nad rzekę. Przewodnicy wręczyli dzieciom pamiątkowe dyplomy ze spływu kajakowego i z ociąganiem ruszyliśmy do domu.

Szkoda było wracać, ale przecież za rok też przyjedziemy…

Marcin, lat 34, przedstawiciel

I miejsce w konkursie „RELACJA ZE SPŁYWU KAJAKOWEGO 2011″