BLOG

Relacja z lipcowego spływu Czarną Nidą 2012

/ 0 komentarzy / w Relacje ze spływów
Relacja z lipcowego spływu Czarną Nidą 2012

Moja przygoda z kajakami zaczęła się na Mazurach w czasie studenckich letnich obozów kondycyjnych.

Byłem wtedy jeszcze piękny i młody, teraz już jestem tylko piękny…

Na początku pływaliśmy sobie osobno- kajak w lewo a ja w prawo, jak chciałem do tyłu kajak płynął bokiem, ja płynąłem wzdłuż trzcin, a ta bestia w nie wjeżdżała.

Z czasem pogodziliśmy się i zaczęliśmy się rozumieć- jak ja chciałem w lewo to i on w lewo płynął.

Dużo mniej siły potrzeba wtedy było, aby przepłynąć parę kilometrów, a bąble na dłoniach przestały wyrastać po zetknięciu z wiosłem.

Przez to i więcej przyrody mogłem pooglądać- a to nurkujący perkoz, a to mamusia Krzyżówka z gromadką swoich kaczątek, a to syczący jak 5 wężów do kupy wziętych majestatyczny łabędź, broniący swego terytorium, waląc skrzydłami o wodę i wyginając w pałąk długą szyję.

Z czasem i dziewczyna (późniejsza żona) bez mówienia szeptem pacierza wsiadała do mego kajaka.

Po studiach praca, dzieci, a po kajakach zostało tylko ciepłe wspomnienie.
Sporadycznie w czasie urlopu, jak byliśmy gdzieś nad wodą, korzystaliśmy z dobrodziejstwa relaksu w kajaku.

W 2009 roku bodajże, kolega Jacek- leśnik z zawodu (mówię do niego gajowy albo borowy, co wywołuje u niego wzrost ciśnienia na krótki okres czasu) powiedział mi, że co roku całą paczką leśników, około lipca wyjeżdżają na 2, 3 dniowy spływ kajakowy po Nidzie lub Pilicy i jeśli chciałbym, mógłbym z nimi jechać.

Podał mi stronę internetową „kajakiem.pl” informującą dokładnie o spływach, abym skonsultował z żoną i odpowiedział mu.

Zaraz usiedliśmy z Marysią do komputera, pooglądaliśmy galerię zdjęć, poczytaliśmy, co jest potrzebne i podjęliśmy jednoznaczną decyzję- JEDZIEMY!!

Wpisowe uiściliśmy Jackowi, który ze swoja prawą ręką w pracy- Januszkiem, zajmują się organizacją wyprawy leśników.

Januszek, jest prócz organizatora wyśmienitym kucharzem.Na każdy zbiorowy spływ zabiera dwa żeliwne kociołki zapełnione smakowitym jedzonkiem ( ziemniaki, jarzyny, kapusta, boczek, kiełbasa) mniam, mniam-niebo w gębie!).

Na pierwszym integracyjnym biwaku przed spływem spożywamy ze smakiem te rarytasy uprażone na ognisku, niektórzy spożywają kropelki żoładkowe-gorzkie dla lepszego trawienia i podstrojenia strun głosowych do śpiewu, ale w ilości umiarkowanej, bo jutro rano wiosła!

Noc w namiocie-też swego rodzaju atrakcja dla mieszczucha. W czasie pierwszego biwaku koło mostu burza z piorunami i wichura-orgia świateł, gwizdu i grzmotów-Jean Michel Jarre niech się schowa!

Marysia całą noc siedziała ( z siedzącej pozycji szybciej się przecież ucieka niż z leżącej) trzymając namiot. Na szczęście potrzeby ucieczki nie było, tyle, że była lekko niewyspana.

Rano słoneczko, pakujemy obóz, zwijamy namioty, bagaże wkładamy do podstawionego busa.

O 10.00 cała ekipa w kajakach! Oczywiście po szkoleniu przedspływowym wykonanym przez sympatyczną Papugę, która swoim 120 decybelowym śmiechem potrafiłaby obudzić nie jednego umarlaka a cały pokaźny cmentarz! ( Na szczęście na cmentarzach się nie śmieje, jak zapewniała..))

Płyniemy w dobrych humorach, Nida piękna, spokojna, czysta, na dnie piaseczek, tak, że kąpieli dla ochłody zażywać można do woli.

Odpoczynek i relaks wspaniały, dla biuromanów, gryzipiórków i innych pierdzistołków wręcz wymarzony.Po dwóch dniach aż żal wracać do pracy, choć rączki trochę bolą od wiosła, ale gęby opalone, a niektóre nawet spalone słońcem.

Pamiętam komiczną sytuację z wcześniejszego spływu po Czarnej Nidzie.

Po słonecznym pierwszym dniu pływania, rozbiliśmy biwak. Januszek-kucharz nagotował kocioł przepysznego żuru, przy ognisku i śpiewie zjedliśmy go ze smakiem. Noc w namiotach. Rano wstajemy, śniadanko a nad lasem ciemne chmurzyska zaczynają się kłebić-nadciąga burza…

Papuga ze Skorupem wołają: składamy namioty i biegiem do kajaków-uciekniemy burzy!

Ja mówię-nie zdążymy! Przeczekajmy burzę w namiotach, popłyniemy później.

Niestety, przeważyła wola instruktorów. Obóz migiem poskładany, namioty w busie i wtedy się zaczęło!!

Ściana deszczu, błyskawice, pioruny-koniec świata chyba będzie wyglądał jakoś tak..

A nasze namioty bezpieczne i suche w samochodzie:)

Wtedy przypomniały mi się kury w zagrodzie u mojej Babci, którym ktoś w czasie burzy nieopatrznie zamknął wrota od stajni. Stoją ze spuszczonymi łebkami, skrzydła opuszczone do ziemi a woda spływa strumieniami po piórach. Mniej więcej tak wyglądaliśmy wszyscy, z jedną różnicą-my nie mieliśmy piór..

Do lasu uciekać nie wolno- pioruny podobno pasjami lubią walić po drzewach, więc stoimy grzecznie na polanie modląc się sie o rychły koniec burzy.

Część z nas jednak nie wytrzymała gromów. Bohaterski „borowy” wyrwał z kopyta, jak ogier w Wielkiej Pardubickiej po kolejnej 132-ej błyskawicy do lasu, a za nim część płci pieknej.

Na szczęście Bozia był łaskawy i żadnego groma nie posłał w naszą polanę ani w borowego drzewa.

Burza ustała, wyszło słoneczko, pozmienialiśmy mokre ubrania, niektórzy i mokre majtki (niekoniecznie od deszczu) i dalej – w kajaki i do końca spływu.

Tegoroczny spływ po Czarnej Nidzie, też będę pamiętał dość długo.

Pisząc to, gęba mi się śmieje na samo wspomnienie.

Oczywiście stała ekipa leśników dąbrowskich, kucharz Januszek z Mirką i nieodłacznymi specjałami, o których już pisałem, borowy Jacek z Lusią, Krzysiu z Anią i wiele innych osad.

Ja bez Marysi, która niestety musiała zostać w ostatniej chwili w domu.

Instruktorzy- niezniszczalny Skorup z przyszłą małżonką, Karol Dudek też z białogłową i aparatem fotograficznym, oraz głównodowodzący Rosomak.

Sama ksywa „Rosomak” już wzbudza respekt, a jak huknęła na mnie w czasie szkolenia, bo zagadałem się z kolegą, respekt poczułem jeszcze większy)).Ale nie taki straszny ten Rosomak jak go malują-w gruncie rzeczy wesoła dziewczyna.

Po integracyjnym piątkowym biwaku, około 10.00 w sobotę, ekipa przywiozła kajaki, auta odholowaliśmy do zaprzyjaźnionych domostw i wio do kajaków!

Pogoda piękna, Rosomak dowodzi szpicą peletonu, w środku płynie Dudek trzaskając fotki a stawkę zamyka Skorup z dziewczyną.

Dzisiejszy etap to 24 km, w trakcie przenoska kajaków obok czynnego młyna, potem obóz i nocleg a jutro 12 km i niestety koniec spływu.Płyniemy raz w kajaku, raz moczymy gorące 4 litery w chłodniejszej wodzie.

Po sforsowaniu tamy obok młyna Dudek puszcza kajaki w około minutowych odstępach czasowych, pomny na kataklizm z wcześniejszych lat, kiedy to popłynęliśmy kupą na tzw „hurra” i nasze kajaki w ilości kilku opanowały styl pt „do góry dnem” na bystrzu za młynem. Nasz kajak też bestia płynął jak „żółta łódź podwodna” przez kilkadziesiąt metrów bez załogi wiszącej w tym czasie na krzakach.

Marysia widząc przewrócone 2 kajaki złapała się przybrzeżnej gałęzi, trzymając dotąd aż nasz kajak porwał nurt a my dwoje zawiśliśmy na gałęzi. Złapała wtedy mnie tak mocno i kurczowo jak w pierwszym roku naszego pożycia małżeńskiego wołając: ratuj mnie a wszystko ci oddam!!

Kolana podciągnęła pod brodę, za nic nie chcąc postawić nóżek na dnie rzeczki.

Miejący na wszystko oko Skorup-Siła-Spokoju, pomógł mi Marysię wyciągnąć na brzeg z 1.5 metrowej kipieli.

Przepływający kajakiem Krzysio z Anią widząc całą akcję zapytał z uśmiechem: Marysiu, ciepła woda?

Koledzy na szczęscie złapali nasz kajak kilkadziesiąt metrów dalej- plecak z dokumentami (tyle, że mokrymi) nie zginął o dziwo.

Wsiedliśmy mokrzy, ale szczęśliwi do opróżnionego z nadmiaru wody kajaka. Nieopodal oczom naszym przedstawia się następujący widok: Krzysio nieboraczek, stojąc po pas w wodzie łapie swoje rzeczy i puszki z napojami, a na brzegu stoi mokra Ania i psioczy na niego. Kajaka jakoś nie widać w pobliżu.. Nie omieszkałem z uśmiechem zapytać o temperaturę wody.. W odpowiedzi usłyszałem bajkę o wężu- sss……;)

Ale wracajmy do tegorocznego spływu!!

Więc bystrze pokonane bez problemu-żadnych kabin, płyniemy dalej podziwiając cichą polno-leśną okolicę. Ptaszki śpiewają, nieliczni wędkarze moczą kije, pasą się krówki – wiejsko-sielsko-czarodziejsko..

W kajakach śmiechy, rozmowy a i śpiewy damskie słychać. Usłyszałem jak kilka osad umawiało się na kawę w Sobkowie w fortalicji. Kolega zaklął, że nie wziął do kajaka pieniędzy, na co powiedziałem, że przecież mu pożyczę! Nie dosłyszałem tylko, że to umawianie to było na jutro, bo dziś biwak mamy 5 min przed Sobkowem!

W wyobraźni, pod nosem dymiła mi już pachnąca kawusia. Naparłem na wiosła –nałóg kawowy dodał skrzydeł i pooszedł!

Nawet nie wiem, kiedy minąłem (notabene w ogóle nijak nieoznakowane) miejsce biwaku!

Monumentalna fortalicja sobkowska niedługo wyłoniła się zza zakrętu rzeki. Zdziwiłem się trochę, że żadnego naszego kajaka nie widać na popasie, ale stwierdziłem-niedługo dopłyną!

Zaparkowałem, usiadłem pod parasolem na dziedzińcu, zamówiłem kawusię i obiadek, spałaszowałem ze smakiem, kawę wypiłem a towarzyszy dalej nie ma..Dziwne..

Pewnie popłynęli nie zatrzymując się, pomyślałem.

Zapakowałem się znowu w kajak i dalej gonić za peletonem!

Dociskam ile się da, a żadnego marudera nie spotykam, kaczki podfruwają, krowy popijają wodę z Nidy a kajaka po drodze psiakrew ani jednego!

Płynę godzinę, potem drugą i rozmyślam po drodze jak to przez dwa lata się postarzałem.Dwa lata wstecz, wiozłem Marysię, do obozowiska dopłynąłem dużo wcześniej i mniej byłem zmęczony!

Teraz płynę w pojedynkę, ogniska nie widać, zmęczony jestem dużo bardziej i wyglądam jak Czerwonoskóry Brat, bo wybrałem się bez koszulki, a słoneczko operuje od rana jak wściekłe.

Komórki nie mam, bo Skorup-Siła-Spokoju kazał telefony w bagażu zostawić, a ja (pierwszy i ostatni raz!) posłuchałem. W końcu nie wiem czy te nasze kajaki to z przodu, przede mną czy może jeszcze za mną??

W końcu jest! Widzę kajak!! Nie fatamorgana chyba…Podpływam i nieśmiało pytam czy daleko jeszcze?-Mówią, że już podobno blisko-tylko ich buźki mi jakoś nie pasują-jakbym ich pierwszy raz widział…ale to pewnie rozum od gorąca mi się trochę zlasował-pomyślałem.

Za pół godziny widzę na brzegu Jeepa z kajakami-poznaję kierowcę-przywiózł nam rano kajaki!huurra!! W końcu dobiłem- cieszę się.

Dopływam, widzę ludzi, ale psiakość nikogo nie pamiętam! Tomek, źle z tobą, myślę.Nie dość, że zmęczony jak diabli to jeszcze ludzi nie poznajesz.

Pytam grzecznie kierowcę gdzie się rozbijamy, bo położyć strudzone gnaty chciałbym, a ten mi mówi, że jak sobie z jakimś gospodarzem załatwię i mam swój namiot to ewentualnie mogę się rozbić.

Zagotowało mnie trochę, że nic nieprzygotowane, tak jak dwa lata temu, ale dalej grzecznie wyjaśniam, że mój namiot to Wy macie, bo rano sam go do Waszego busa pakowałem!

Kierowca (Mati) przyjrzał mi się wtedy badawczo, podniósł brew i pyta: A Pan to, z jakiego spływu jest? Myślę- jaja sobie ze mnie robi, ale dalej tłumaczę jak dziecku, że z Czarnej Nidy, płynę ze Skorupem i Rosomakiem!

Uśmiechnął się i mówi: to Pan trochę za daleko dopłynął))) Rozglądam się i w końcu poznaję-dwa lata temu, tu właśnie zakończyliśmy dwudniowy spływ. A ci ludzie, których nie poznawałem są z innego jednodniowego spływu.

Pytam niedowierzająco- a tu przypadkiem nasz splyw jutro się nie kończy? Potaknął z uśmiechem.

Okazało sie, że w jednym dniu walnąłem nie 24 a 36 km i limit na dwa dni wykorzystałem za jednym zamachem!!

Za chwilę, słyszę jak Mati odbiera telefon, chwilę słucha, potem pyta: co? zginął Wam kajakarz?! To jak go psiakrew pilnowaliście?! To teraz go szukajcie!

Mówi do mnie- już pana szukają-w fortalicji im powiedzieli, że pan był.

Żal z kolei zrobiło mi sie Dudka i Skorupa (pewnie się wystraszyli, że mnie jakiś rekin pożarł, albo rusałka, jaka porwała).Mówię do Matiego- niech im Pan powie, że jestem, niech już nie pływają (wystarczy, że jeden półgłówek za wszystkich popływał, pomyślałem).

Przyjechali busem po jakimś czasie w trzech, Skorup, Dudek i Pan Kierowca, zapakowałem się z nimi (szczęśliwy, że w końcu do swoich wracam). Śmiechów i chichów nie było końca jak zjawiłem się wreszcie spowrotem.

Rosomak nawet wymyślił, że jutro nie płynę, a jak będę się upierał to muszę dopłacić, bo 2x Nidę będę mieszał wiosłami.

A żeby bardziej się śmiali z mojego zaginięcia, opowiedziałem im przy ognisku kawał o bacy.

„Pyta dziennikarka bacę, czy pamięta najszczęśliwszy dzień swojego życia?

Na co baca: pewnie ze tak!

To, beło Paniusiu, jak zaginęła owiecka Staska Gąsienicy- szukali my jej przez 4 dni w seściu chłopa.W końcu jak my jom znaleźli, to pili my przez 2 dni! I z tej radości, co się znalazła, to my jom wszyscy no…

Seksualnie wykorzystali..

Baco! Bezeceństwa mówicie! To sie przecież do telewizji nie nadaje! Może pamiętacie na przykład, najsmutniejszy dzień swojego żywota?

A jakże- mówi baca – najsmutniejsy to był dzionek jak jo som zaginąłem…

Drugi dzień spływu minął normalnie, tyle, że Rosomak jeszcze krzyknął za mną jak odbijałem od brzegu:

Tomek! Tam gdzie wczoraj i ani metra dalej!!

W przyszłym roku planujemy ze stałą ekipą wypad na Liswartę- myślę, że tam obozowiska będą już oznakowane?

Pozdrawiam namawiając mieszczuchów do miłego i zdrowego odpoczynku na spływie!

Do zobaczenia na Liswarcie!

 

Tomek – aptekarz- 58 lat

II miejsce w konkursie „RELACJA ZE SPŁYWU KAJAKOWEGO 2012″